|
|
|
|
|
|
Trzy
pechowe brody Przed bramą poety Lauriusza powiewały trzy
białe brody. Lauriusz wyjrzał przez okno i rzekł sam do
siebie: — Ho, ho, trzy białe brody. Do trzech białych bród przynależało trzech
starców. Nad czymś się naradzali przed bramą poety, który właśnie miał już
otworzyć okno i zaprosić ich do siebie. Ale nie trzeba było, gdyż weszli
sami. Ich brody powiewały. — Pozdrawiamy wielkiego syna naszego miasta!
— powiedzieli do Lauriusza. „Ojej — pomyślał Lauriusz — to niedobry
znak. Gdyby powiedzieli: Pozdrawiamy syna naszego miasta, lub: Pozdrawiamy
ciotecznego brata naszego miasta – to mogłoby oznaczać coś dobrego. Ale tak?!
Po trzykroć ojej, ojej, ojej!” Poprosił przybyszy, aby usiedli. Oni jednak zanim usiedli, przedstawili się: — Stara Broda. — Główna Broda. — Młodsza Broda. Lauriusz pogładził swą gęstą, czarną brodę i
zamruczał: — Przynajmniej też broda — i wszyscy usiedli,
klapnęli na swoje miejsca. — Przybywamy od Rady Miejskiej — zaczęła
uroczyście Stara Broda. Gdy Lauriusz to usłyszał, zaraz pomyślał o
podatkach. Podatek od domu, podatek od próżniactwa, podatek od prawej ręki,
podatek od lewej, podatek od wierszy i jeszcze siedemdziesiąt trzy rodzaje
podatków, jakie wynalazła Rada Miejska, a których Lauriusz nie płacił. — Jeśli macie na myśli podatki… — odezwał
się melancholijnie… Ale nie musiał kończyć, ponieważ Młodsza
Broda przerwała mu: — Broń Boże, nawet o tym nie pomyśleliśmy. — Zresztą, od dziś wszelkie zaległe podatki
zostały ci darowane — dodała Główna Broda. — A nawet zostaniesz z nich zwolniony do
końca życia — wyjaśniła Stara Broda. „To jeszcze gorszy znak — pomyślał Lauriusz.
— A zatem albo przyszli mnie o coś prosić, albo z powodu zaśmiecania.
Czy śmiecił on ostatnio na terenach publicznych? O tak, i to ile!” — Śmiecenie… — zaczął, na co wszystkie trzy
brody uśmiechnęły się. — Tak, tak, już zaczynasz chwytać! —
zawołali. — Zaśmiecanie miasta to wasza wina. —
Lauriusz surowym głosem rozpoczął przemówienie. — W całym mieście jest za mało koszy na śmieci.
I co ma robić nieszczęsny obywatel, który, powiedzmy, je na ulicy fistaszki?
Ma on jak najlepsze chęci, nie chce śmiecić. I dlatego trzyma łupiny orzeszków
w garści. Spodziewa się spotkać kosz na śmieci, do którego je wrzuci. Idzie,
idzie, ale przecież pojemność garści jest ograniczona, jest ona już tak
pełna, że żadna dodatkowa łupina się nie zmieści, a kosza jak nie ma, tak nie
ma. Cóż więc czyni obywatel? Wyrzuca łupiny na ulicę, czyli śmieci! I kto tu
winien? Wy, ponieważ za mało jest koszy. Proponuję, abyście najęli człowieka,
dali mu torebkę fistaszków, żeby jadł je na ulicy, i wszędzie tam, gdzie
ma już pełną garść łupin, postawcie kosz na śmieci. Wówczas miasto będzie
czyściutkie jak pralnia. — Ależ, Lauriuszu, jest na to prostszy
sposób — uśmiechnęła się przymilnie Stara Broda. — Nie bardzo w to wierzę — powątpiewał
Lauriusz. Wszystkie trzy brody uśmiechnęły się
wyrozumiale. — Pomyśl o swoim wybitnym, wspaniałym
talencie! — odezwała się uniżenie Młodsza Broda i zerknęła na swoich
zwierzchników, czy dobrze mówi. Dobrze, dobrze, przytaknęły Główna i Stara
Broda, aż zatrzeszczały im kręgi szyjne. Lauriusz spochmurniał. Ci też z tym
występują! Z poetyckim talentem! A przecież całe miasto wie, że już od trzech
lat ledwo udaje mu się sklecić jakiś wierszyk. Każda linijka to piekielna
męka. — Przecież dobrze wiecie, że ostatnio nie
idzie mi pisanie wierszy. Tym bardziej na zamówienie. Ale gdyby nawet szło,
to co byście przez to osiągnęli?! Wierszami nie da się posprzątać śmieci —
i zaczął chichotać. — Ależ nie o wierszach tu mowa! — przerwała
mu Główna Broda. — Nie potrzeba nam wierszy, wystarczy proza. Lauriusz jednak nie zwrócił uwagi na słowa
Głównej Brody, tylko dalej chichotał. — Fajowo by było — rozmyślał głośno. —
Wieczorem stanąłbym na placu, po kostki w śmieciach, i zadeklamował: Kawałki
papierów, rozsypane śmieci, przyschnięte
plwociny, zgniłe rzodkiewki, i wy,
wyplute łupiny pestek dyni, zmywajcie
się stąd! — Niezła zabawa, co? —
rechotał. — Pół miasta by się ze mnie śmiało. — Ależ, Lauriuszu, nie bądź taki skromny! —
odezwała się Główna Broda. — Dobrze, nie będę więc skromny: całe miasto
by się ze mnie śmiało. — Najwyżej z powodu wiersza — wtrąciła
Młodsza Broda. — Tak jest — przytaknęła z powagą Główna
Broda. — Ale przecież, już wspomniałem, nie jest tu potrzebny wiersz. — Jak to, nie jest potrzebny? To wy nie
przyszliście tu z powodu mojego talentu poetyckiego? Nie chcecie zamówić
wiersza przeciwko śmieceniu? — Nisko chylimy czoło przed twym
nadzwyczajnym talentem poetyckim, Lauriuszu — ciągnęła Stara Broda — ale my
nie chcemy, abyś nam pisał wiersz. Chcemy jedynie, żebyś co wieczór
o godzinie dziesiątej stanął pośrodku miasta i powiedział tylko tyle:
„Zniknijcie, śmieci, z miasta!” — Żartujecie sobie? — Lauriusz przenosił
wzrok z jednego na drugiego. — Po cóż miałbym wykrzykiwać coś na środku
miasta? — Żeby poznikały śmieci. — Ale jak to sobie wyobrażacie? Mogę
przecież krzyczeć, co zechcę. — My o wszystkim wiemy, Lauriuszu — uniosła
palec w górę Stara Broda. — Wszystko, co ty powiesz, spełnia się —
dodała uroczyście Główna Broda. — Masz czarodziejską moc — wystękała Młodsza
Broda. Lauriusz tak się śmiał, że aż ściany drżały. — Więc to dlatego! Dlatego jestem „wielkim
synem naszego miasta”! — rechotał. — Diabła tam mam czarodziejską moc! — Nie zaprzeczaj! — wykrzyknęły trzy brody. — Dobrze, uważajcie więc — powiedział
śmiejąc się Lauriusz i rozejrzał po pokoju. Jego wzrok zatrzymał się na
oknie. Głośno rozkazał: „Szybo, stłucz się!” Brodacze oczekiwali na brzęk szkła. Młodsza
Broda nawet zasłoniła sobie uszy. Ale nic się nie stało. Szyba niezmiennie
tkwiła na swoim miejscu. — Sami widzicie — rzekł Lauriusz. — Hm, hm — Główna Broda spojrzała na niego
podejrzliwie. — Robisz z nas durniów — powiedziała surowo
Stara Broda — nie chcesz pomóc miastu. — Czy nie możecie zrozumieć, że nie mam
żadnej tajemniczej mocy?! — upierał się oburzony Lauriusz. — Ależ tak! Masz! Tylko się wypierasz. Młodsza
Brodo, idź po świadków — zagrzmiała Stara Broda. — Po jakich świadków? — spytał Lauriusz, ale
Młodsza Broda już obróciła się na pięcie i tak szybko pobiegła, aż się za nią
kurzyło. I raz, dwa zjawiła się z powrotem ze świadkami. A byli to: Klopedia
Kieszonka, mistrz Śrubka, Wiolin – rzępolący muzyk, oraz włóczykije i łaziki,
fujary i gamonie. Wszyscy tłoczyli się w pokoju Lauriusza. Gadali,
trajkotali. Ucichli jednak natychmiast, gdy Stara Broda na nich fuknęła. Po
tym ofuknięciu rozkazała: — Niech wystąpi świadek Śrubka! Świadek Śrubka, czyli Mistrz Śrubka,
wystąpił. — Czy Lauriusz życzył ci, abyś oszroniał? — Życzył — bąknął mistrz Śrubka. — I co się stało? — Pokryłem się szronem — wyznał mistrz, a
kątem oka zerkał na Lauriusza. Ale wyglądało na to, że nie ma się czego
obawiać, bo Lauriusz nadal się zaśmiewał. — Co za głupota — zauważył, wciąż się
śmiejąc. Lecz właśnie wtedy, zupełnie nieproszony,
wystąpił drugi świadek, trajkotka Klopedia Kieszonka, i powiedziała: — To wcale nie głupota, Lauriuszu, tak
przecież było. — To ty tak sądzisz —
zripostował Lauriusz. — Z całą pewnością było to całkowicie przypadkowe. — Tak było? — spytała surowo Stara Broda. — Tak — przytaknęli chórem włóczykije i
łaziki, gamonie i fujary. — Ależ wszyscy tu powariowali. Nie ma w tym
ani słowa prawdy — upierał się Lauriusz. — Chyba ja najlepiej wiem, czy jest
we mnie czarodziejska siła, czy nie! — Chcesz wprowadzić Radę w błąd! —
wybuchnęła Młodsza Broda. — Nie chcesz nam pomóc, sabotujesz! — Czy tak trudno wam zrozumieć, że nie ma we
mnie żadnej czarodziejskiej mocy? — wykrzyknął Lauriusz, machając rękami. — Przyjmij zatem do wiadomości, że
ściągniemy z ciebie wszystkie zaległe podatki! — zagroziła Główna Broda. — I ukarzemy cię za śmiecenie! — dodała
Stara Broda. — Lauriuszu, dlaczego nie chcesz się
przyznać? — pytała Klopedia Kieszonka. — Przecież nie ma w tym nic złego — zauważył
mistrz Śrubka. — Przyznaj się, Lauriuszu — wymamrotał
Wiolin. Na to Lauriuszowi poczerwieniał kark, a z
jego oczu strzeliła maleńka iskra. — Nie mogę się przyznać do czegoś, czego nie
ma! — ryknął. — Wynoście się stąd! Won! — Jak ty się odzywasz do Rady Miejskiej? —
poderwała się Stara Broda. — Jak mi się podoba! — wrzeszczał dalej
Lauriusz. Teraz był już czerwony jak burak, a z jego oczu tryskał deszcz
iskier. — Wiedz, że ukarzemy cię za niegodne
zachowanie! — krzyknęła Młodsza Broda. Na to Lauriusz ryknął: — Niech się spalą wasze brody! I co uczynił Bóg? Trzy piękne płomienie – i
brody trzech radnych płonęły już jak pochodnie. — Niech żyje! — wykrzyknęła cała trójka,
wielce uszczęśliwiona. — A widzisz, mieliśmy rację! I z wielkiego szczęścia rzucili się ściskać
Lauriusza. Należy dodać, że od ich płonących bród zajęła się także broda
Lauriusza. Teraz wszystkie cztery brody płonęły jak pochodnie. — Zaraz się spalicie! — pisnęła Klopedia
Kieszonka. Istotnie, palili się pięknie. Cały pokój był
pełen dymu. — Za mną! — krzyknął Lauriusz i wybiegł na
dwór. Również trzej radni nie zwlekali i ruszyli
jego śladem. Prosto pod rynnę, gdzie stała kadź pełna deszczówki. Chlup! –
zanurzyła się w niej głowa Lauriusza. Chlup-chlup-chlup! – to samo zrobiły
głowy Starej Brody, Młodszej i Głównej. Brody syczały w wodzie i para unosiła
się nad kadzią. Cztery siedzenia sterczały ku niebu, a cztery głowy były
pogrążone w wodzie. Długo trwali tak, zanurzeni. — Ojej, teraz się utopią — lamentowała
Klopedia Kieszonka. Ale się nie utopili. Unieśli głowy z wody.
Cztery biedne, nieszczęsne brody! Jakże żałosny widok przedstawiały. Jedynie
Lauriuszowa wyglądała jako tako, gdyż przedtem też była ciemna. Lecz pozostałe
trzy!… Nieszczęśni radni zwiesili nosy na kwintę, gdy spojrzeli na siebie i
zobaczyli nędzne szczątki swych bród. Ale wówczas bohatersko zachowała się
Stara Broda. — Poległy za dobrą sprawę! — rzekła. — Tak jest! — poparły ją dwie pozostałe
brody i cała trójka poczuła się jak nieustraszeni zabójcy smoka. Stara Broda zaś zwróciła się do Lauriusza: — I co powiesz po tym wszystkim? Nadal
będziesz zaprzeczać, że masz czarodziejską moc? — zapytała z triumfem w
głosie. Lauriusz drapał się w czubek głowy. — To jest podejrzane, bardzo podejrzane —
mruczał do siebie. — Wygląda, jakbyście naprawdę mieli trochę racji. Ale
powiedzcie mi, dlaczego szyba się nie stłukła, gdy na nie krzyknąłem? — Zaraz to wyjaśnię — Klopedia Kieszonka
wyskoczyła z ogłupiałego tłumu. — Dlatego, Lauriuszu, że to, co mówisz,
spełnia się tylko wówczas, gdy jesteś wściekły. — Naprawdę? — Lauriusz spojrzał na nią
zdumiony. — Tak, to prawda — ciągnęła Klopedia — wtedy
też o mało nie eksplodowałeś z gniewu, kiedy powiedziałeś do mistrza Śrubki,
żeby oszroniał. — Wreszcie wydała się wielka tajemnica! —
krzyknęła szczątkowa Stara Broda. — Klopedio Kieszonko, przyjmij wyrazy mego
szczerego uznania. Jesteś wielką córą naszego miasta. Ty zaś, Lauriuszu,
przyjdź wieczorem o dziesiątej na główny plac miasta i krzyknij, aby znikły
wszystkie śmieci! Dobrze? Oto mamy rozwiązany problem utrzymania czystości w
naszym mieście. Hura! — Dobrze, w porządku — Lauriusz zaczął
wynajdywać przeszkody — ale co będzie, jeśli o dziesiątej wieczorem nie
będę wściekły? Powiedzmy, że będę w tak dobrym humorze, że konie będzie można
ze mną kraść. Albo będę w nastroju melancholijnym. Co wówczas? Było to podchwytliwe pytanie i całe
towarzystwo głęboko się nad nim zadumało. W końcu Młodsza Broda plasnęła się
w czoło i rzekła: — Mówi się o tobie, Lauriuszu, że jesteś
porywczy. — Niestety, słusznie się mówi — przytaknął
Lauriusz. — A zatem? — cieszyła się Młodsza Broda. —
Jest rozwiązanie! Jeśli nie będziesz wściekły, to cię rozwścieczymy. — Ojej — westchnął mistrz Śrubka. Któż wie,
o czym pomyślał? W mieście rzadko zbierały się takie tłumy,
jak owego dnia wieczorem o dziesiątej na głównym placu. Tłum szumiał,
hałasował – oczekiwano Lauriusza. I oto właśnie nadchodził. Kroczył po kostki
w śmieciach. Zebrani tak się uciszyli, że można byłoby usłyszeć brzęczenie
muchy. — Mam dla was smutną wiadomość — oświadczył
zebranym. — Mianowicie? — spytała, pełna złych
przeczuć, Główna Broda. — Jestem w dobrym humorze — odparł Lauriusz. — A to nieładnie z twojej strony —
zamruczała Młodsza Broda. Jednakże Stara Broda delikatnie odsunęła na
bok Młodszą i stanąwszy przed Lauriuszem, powiedziała: — Ty głupi bałwanie! — Cha, cha, cha! — zaśmiał się Lauriusz. —
Wiem, do czego zmierzasz – chcesz mnie rozwścieczyć. Radziłbym wam raczej
zorganizować zbiórkę śmieci w mieście. Ustawcie na ulicach więcej koszy. — Na to trzeba zbyt wiele pieniędzy —
rzeczowo oznajmiła Główna Broda, po czym piskliwie zawołała: — Ty bawole! Pozostali dwaj również nie dali za wygraną i
przekrzykując się nawzajem, grzmieli: — Ty wołku! — Ty krowo! — Ty cielaku! — Ty jałówko! Lauriusz szczerzył zęby w szyderczym
uśmiechu. — Moglibyście przejść na inne rodzaje
zwierząt — doradził — powiedzmy, na owce. I radni przeszli. — Ty owco! — zaczęli wołać. — Ty baranie, ty
skopie! Ty tryku! Lecz Lauriusz nadal się śmiał. — Zostańmy raczej przy koszach na śmieci —
powiedział. — Ty koszu na śmieci! — krzyknęła Główna
Broda. — Nie to miałem na myśli — uśmiechnął się
Lauriusz. — Chciałem powiedzieć, żebyście porozstawiali w mieście więcej
koszy. Jego słowa rozwścieczyły Starą Brodę. — Nie będziesz nas pouczał! — ryknął. — Tak jest! — poparła go Główna Broda. — Ty beztalencie, ty próżniaku! — zawyła
Młodsza Broda. — Potrafisz tylko się obijać i bazgrać marne wierszydła! — Ojej! — jęknęła Klopedia Kieszonka. A zawtórowali jej Wiolin i mistrz Śrubka.
Ojejowali tak dlatego, że kark Lauriusza sczerwieniał. Istotnie, Lauriusz wpadł we wściekłość. Ale zamiast
krzyknąć: „Zniknijcie śmieci z miasta!”, ryknął: — Niech spłoną resztki waszych bród! Natychmiast wszystkie trzy brody, a
właściwie ich pozostałości, strzeliły płomieniem. Paliły się, dymiąc. Zgromadzony tłum hałasował, wrzeszczał, wyły
syreny wozów strażackich. Tak, tak, to strażacy gasili płonące brody. Czy od tego czasu jest w mieście wystarczająco dużo koszy na śmieci? Tego nie wiem. Ale że przez pewien czas miejskich radnych nazywano Bezbrodymi, to pewne. Ponieważ musiało upłynąć nieco czasu, zanim na nowo odrosły im brody. |
|
|
|
|
|